oświadczenie

ROZWÓJ SPRAWY

Z uwagi na rozwój sprawy warto zajrzeć do dalszych publikacji:

1. STUDENCKI KOMITET ANTYFASZYSTOWSKI KŁAMIE

Nazywam się Marcin Kozak. Jestem doktorantem Uniwersytetu Warszawskiego i absolwentem trzech kierunków tej uczelni.


Do 9 kwietnia pracowałem dla Fundacji Ośrodek Kontroli Obywatelskiej OKO w Archiwum Osiatyńskiego - centrum analiz poświęconemu praworządności. Zajmowaliśmy się między innymi prawem do sprawiedliwego procesu.


Teraz sam muszę o taki walczyć.


8 kwietnia o godzinie 11:00 Studencki Komitet Antyfaszystowski oskarżył mnie o brutalny gwałt na studentce, która się do nich zgłosiła.


Nie przedstawił żadnych dowodów. Napisano dokładnie to: Marcin Kozak, doktorant na Wydziale „Artes Liberales” Uniwersytetu Warszawskiego, jest gwałcicielem. Wrzucano moje zdjęcia. Rozpoczęła się burza.


Nikt nie pytał, czy to prawda. Mediami (w tym społecznościowymi) rządzą emocje i logika skandalu. Wiarygodność nie ma znaczenia.


W ciągu godziny stałem się bestią, którą każdy może opluć. Człowieka w sieci tak łatwo się oskarża, jak klika się komentarze. Człowieka w sieci można zniszczyć jednym postem.


Wyrok na podstawie anonimowego oskarżenia nieformalnej organizacji zapadł w sieci. Trybunał Facebooka orzekł na podstawie prawa Internetu: jest winny. Czytałem:


Skurwysyn. Wykastrować. Gdzie podjechać śmieciarką. Zabić. Do celi. Jebać gnoja.


Atak Studenckiego Komitetu Antyfaszystowskiego to lincz oparty na kłamstwie z pominięciem organów uniwersyteckich i państwowych w pierwszej fazie ataku.


Organizacja, która obiecała stawać w obronie praw poszkodowanych, ośmiesza ich walkę. Cynicznie wykorzystuje język antyprzemocowy i awaryjne narzędzia ochrony przed przemocą seksualną do realizacji własnych interesów.


W przeciwieństwie do Studenckiego Komitetu Antyfaszystowskiego pokażę więcej niż puste oskarżenia.


Przygotowując treść opublikowanego poniżej oświadczenia i dowodów, miałem na uwadze dobro prowadzonych przez instytucje uniwersyteckie oraz państwowe postępowań. Mimo że nie posiadam w tych postępowaniach obecnie statusu strony, ich niezaburzony przebieg, efektywność oraz dotarcie do prawdy pozostają także w moim interesie. Z tych względów ograniczyłem zawartość tej strony do informacji oraz dowodów które i tak (mimo braku mojej zgody) weszły już w posiadanie mojej „ofiary”, osób z Studenckiego Komitetu Antyfaszystowskiego oraz mediów.


To kolejny raz, gdy część radykalnego środowiska lewicy tożsamościowej przejawia brak odpowiedzialności za słowa. W przeszłości ci sami ludzie publicznie niesłusznie oskarżyli swojego członka i doprowadzili poprzez eskalację publicznego linczu do jego dwukrotnego pobicia. To samo środowisko oskarżyło dziennikarza Jakuba Dymka o przemoc seksualną, przedtem mu grożąc. Dymek wygrał z fałszywymi oskarżeniami. Ja - czekając na sprawiedliwość - piszę callout na callout.


Studencki Komitet Antyfaszystowski to grupa karierowiczów cyklicznie promujących się na fałszywych oskarżeniach i skandalach.


Historia jest kłamstwem napisanym pod liczbę kliknięć. Nie potrafią w mediach uzgodnić nawet liczby gwałtów. Każda ich relacja opisuje wydarzenia inaczej.


Prasa, podobnie jak SKA, żyje aferami. Drugi artykuł Kacpra Sulowskiego opisywał między innymi fikcyjny poczwórny gwałt przy ludziach na nieprzytomnych osobach (źródło: anonimowa postać). Bez żadnej weryfikacji. W prokuraturze cicho na ten temat. Dziwne.


W rzeczywistości:


1. Dziewczyna nazwaną "Karoliną" nie zgłosiła się do SKA w lutym. Jest aktywną członkinią grupy od ponad pół roku.

2. Karolina koordynuje ataki Studenckiego Komitetu Antyfaszystowskiego i kieruje działaniami w ramach wewnętrznej konwersacji o nazwie inspirowanej instytucjami stalinowskiego aparatu represji.

3. Nieformalnym liderem Studenckiego Komitetu Antyfaszystowskiego jest aktualny partner Karoliny.

4. Nie doszło do niekonsensualnych stosunków seksualnych ani nie podrzuciłem dziewczynie środków odurzających. Historia Karoliny przeczy udokumentowanym faktom - mój współlokator wrócił koło 3:00-3:15, nie rano. A byliśmy tam od 2:30. I wcale, wbrew twierdzeniom Karoliny, nie kazałem jej ubierać się i wyjść szybko z pokoju. Kłamie także na temat stosunku do mnie. To dopiero początek nieścisłości.

5. Było wręcz przeciwnie. Patrząc na pisemne reakcje dziewczyny po każdym zbliżeniu - entuzjazm i samodzielna, stała inicjatywa dalszego kontaktu.

6. Po trzech "gwałtach" poprosiła mnie o pomoc przy podaniu na uczelnię i zapraszała na wspólne wyjście w góry czy picie.

7. W następnych dniach porównała mnie do leku antydepresyjnego. I pytała o kolejne spotkania.

8. Karolina w trakcie wyjazdu zdradziła swojego ówczesnego partnera. Po wyjeździe pisemnie przeprosiła mnie za to, że nic o nim nie powiedziała. Zapewniłem ją, że zachowam milczenie (i tak go nie znałem).

9. Po wyjeździe (i czterokrotnym "gwałcie") napisała będę tęsknić.

10. Szereg zdjęć po rzekomych "gwałtach" (do rana, brutalnych, "bicie, duszenie, ciągnięcie za włosy") wskazuje wyraźnie: nic takiego nie miało miejsca.

11. Każda wersja dla mediów różni się w znacznym stopniu. Po wycieku mojej linii obrony dla rektora UW zaczęła przedstawiać inne wersje w mediach.

11. Wbrew doniesieniom medialnym Karolina nie jest i nie była moją studentką - nie istniała relacja władzy.

12. Uniwersytet Warszawski zdementował oskarżenia Studenckiego Komitetu Antyfaszystowskiego dotyczące proceduralnego przebiegu sprawy. "To nieprawda" - pierwsze słowa pracownika UW w wywiadzie dla "Wysokich Obcasów". Studencki Komitet Antyfaszystowski oskarżał o kłamstwa wysokich rangą pracowników Uniwersytetu Warszawskiego. Specjalistka ds. równouprawnienia na Uniwersytecie Warszawskim zaprzeczyła, że w chwili oskarżenia SKA wpłynęła do władz jakakolwiek właściwa skarga.

13. Autor najbardziej uderzających artykułów, Kacper Sulowski, już w 2018 wystawiał laurki członkom Studenckiego Komitetu Antyfaszystowskiego i jest z nimi towarzysko powiązany.

14. W konsekwencji tej sieci znajomości powstały pod jego nazwiskiem teksty o tym, jak założycielowi Komitetu mijają dni na słuchaniu Mozarta pod prysznicem. Pisał wspólny tekst z członkiem SKA wzywającym publicznie, by studenci dostali kijek i mnie bili po kolei (a popcorn będzie za darmo).

15. Studencki Komitet Antyfaszystowski zażądał groźbą dymisji przewodniczącego samorządu studentów jednostki za rzekome związki ze mną (nie widziałem tej osoby ponad pół roku). Motywował to wolą "ofiary". W wyniku machinacji politycznych jednostka została bez władz studenckich. Zrezygnowali wszyscy, mimo braku związku ze sprawą. SKA zadeklarowało pomoc w budowaniu nowego porządku.

16. Nie jestem stroną w postępowaniu ani nie zostałem zawiadomiony o czymkolwiek ze strony władz państwowych.


Przedstawiam poniżej szczegółowe wyjaśnienia kluczowego wątku oraz pozostałych kłamstw pojawiających się w mediach. Powoli - krok po kroku - na podstawie słów "pokrzywdzonej" i dowodów.


Marcinie, czemu nic nie powiedziałeś tyle czasu?


Nie mogłem nic powiedzieć dla dobra obrony. Ale nie mogę dłużej milczeć. SKA uczynił tę sprawę publiczną, nie tylko sądową. I prywatna dla moich przyjaciół i rodziny.


Nie mogą ominąć wzrokiem dzieła Studenckiego Komitetu Antyfaszystowskiego na fasadzie mojego budynku:

Na początek rozmowa z Karoliną z podziałem na okresy rzekomych gwałtów oraz zdjęcia stanu fizycznego "ofiary" po "wielogodzinnym biciu i duszeniu do rana".

1. 18 września, ~13:00

Rozmowa po dwóch "gwałtach".

2. 18 września, ~13:00

Rozmowa po dwóch "gwałtach".

3. 18 września, 16:24

Rozmowa po trzech "gwałtach".

4. 18 września, ~23:00

Rozmowa po trzech "gwałtach".

5. 19 września, ~3:15

Rozmowa po trzech "gwałtach".

6. 20 września, ~0:00

Rozmowa po czterech "gwałtach".

7. 20 września, ~0:40

Rozmowa po czterech "gwałtach".

8. 20 września, ~00:45

Rozmowa po czterech "gwałtach".

9. 20 września, ~0:50

Rozmowa po czterech "gwałtach".

10. 23 września

Rozmowa parę dni po obozie.

11. 23 września

Rozmowa parę dni po obozie.

12. 23 września

Rozmowa parę dni po obozie.

13. 23/24 września

18 września, 23.13 - zdjęcie po "trzech gwałtach, biciu i duszeniu"

19 września, 12.04 - zdjęcie po "trzech gwałtach, biciu i duszeniu"

19 września, 16:28 - zdjęcie po "trzech gwałtach, biciu i duszeniu"

19 września, 21.07 - zdjęcie po "trzech gwałtach, biciu i duszeniu"

2. HISTORIA "KAROLINY", CZYLI WERSJA NA KAŻDĄ OKAZJĘ

1. Karolina jest członkinią Komitetu


Dziewczyna, która podaje się za Karolinę w mediach, należy do Studenckiego Komitetu Antyfaszystowskiego co najmniej od jesieni 2020 roku. Nie zgłosiła się do kolektywu z "problemem" jako osoba z zewnątrz w lutym 2021 roku. SKA nie stanowiło platformy pomocy.


Karolina należy do organizacji. Jest wysoko postawiona. Jej aktualny partner (związek od jesieni 2020 roku) jest nieformalnym liderem grupy. Aktywnie uczestniczy w wewnętrznej konwersacji (zwanej Politbiurem) koordynującej strategię ataków.


Przyznaje się w opisie na Twitterze do przynależności do organizacji. Ta informacja widnieje w jej biogramach konferencyjnych.


Widnieje w profilu organizacji oraz na zdjęciach członków podczas akcji.


1 października 2020 roku uczestniczyła z megafonem w wieszaniu tęczowej flagi z logiem SKA w bramie głównej kampusu Uniwersytetu Warszawskiego.


22 października 2020 pozuje do materiałów protestowych Komitetu w ramach Strajku Kobiet.

Karolina uczestniczy w akcji Studenckiego Komitetu Antyfaszystowskiego 1 października 2020 (10 dni po obozie)

Karolina z liderem SKA i swoim partnerem - dzień ogłoszenia wyroku TK w sprawie aborcji, 22 października 2020

Co napisał Studencki Komitet Antyfaszystowski?

Post SKA z 8 kwietnia: W lutym bieżącego roku do Studenckiego Komitetu Antyfaszystowskiego z prośbą o pomoc zgłosiła się studentka Uniwersytetu Warszawskiego. Wszystkie informacje publikujemy za jej zgodą i po skonsultowaniu każdego słowa. Studentka opisała osobom z kolektywu sytuację, która miała miejsce podczas wydarzenia studenckiego.


Post SKA z 13 kwietnia: Żądanie [dymisji samorządu jednostki] rezygnacji wynika z prośby kobiety, która zgłosiła do nas sprawę Marcina Kozaka.

Większość członków "kolektywu" była na wyjeździe razem z Karoliną - w tym na wspólnych zdjęciach przez całą wyprawę. Co mówi SKA Wysokim Obcasom 14 kwietnia?

Wysokie Obcasy, 14 kwietnia: W lutym tego roku zgłosiła się do nich z prośbą o pomoc studentka I roku UW. Opowiedziała, że została zgwałcona podczas wyjazdu integracyjnego przez jednego z doktorantów, który wykorzystał w tym celu nielegalne środki odurzające.

[...]

Zgłosiłam się po pomoc do psychiatry, a zaraz potem do zaufanej osoby ze Studenckiego Komitetu Antyfaszystowskiego.

To manipulacja. Należy do grupy od dawna. Osoby, którym miała opowiedzieć historię w lutym, spędzały z nią cały wyjazd (mimo to, w "Gazecie Wyborczej" 9 kwietnia mówiła, że była całkiem samotna - cytat w podpunkcie trzecim).


Grupą i oskarżeniem wraz z partnerem kieruje osoba, które miała rzekomo zgłosić się o pomoc. Komitet publicznie odmawia sobie statusu strony:





Studencki Komitet Antyfaszystowski kłamie, że nie jest stroną sporu.

Członkowie Studenckiego Komitetu Antyfaszystowskiego mają pełną świadomość odpowiedzialności prawnej. I chcą jej uniknąć:

Członkini Studenckiego Komitetu Antyfaszystowskiego rozmywa swoją odpowiedzialność mając świadomość możliwego pozwu.

Członkowie ukrywają oczywisty fakt:


Studencki Komitet Antyfaszystowski przyjął rolę pokrzywdzonej oskarżycielki, prokuratora i sądu.


To nie pierwszy raz, gdy część radykalnej lewicy tożsamościowej gra na emocjach kosztem prawdy i cynicznie wykorzystuje awaryjne metody walki o prawa kobiet.


Historia została bezkrytycznie podana przez dziennikarza Gazety Wyborczej, Kacpra Sulowskiego współpracującego z członkami SKA w ramach redakcji pisma.


To oznacza więcej:


Studencki Komitet Antyfaszystowski uzurpuje rolę pokrzywdzonej oskarżycielki, prokuratora, sądu i czwartej władzy.


Komitet nie jest znany z brawurowego tropienia faszystów, lecz z ataku na świąteczną choinkę na terenie uniwersytetu (zawieszenie wyciętych z papieru figurek nieprzyjemnych postaci z historii kleru, postępowanie dyscyplinarne umorzono) czy oskarżania własnych członków (bez szczęśliwego finału dla oskarżycieli).


Kto zgłaszałby się w poważnej sprawie do nieaktywnej organizacji?


Przejdę do historii nocy z 17 na 18 września oraz nocy z 19 na 20 września 2020.

2. Karolina wielokrotnie sobie przeczy


Historia rzekomych gwałtów na Karolinie została opowiedziana trzem mediom:


1) "Gazecie Wyborczej" - artykuł z dnia 9 kwietnia,

2) Wysokim Obcasom - artykuły z dnia 14 kwietnia oraz 15 kwietnia (edytowany po publikacji, prawdopodobnie 18 kwietnia),

3) Radio ESKA - artykuł z dnia 14 kwietnia.


Ważną cezurę stanowi 11 kwietnia. Do Studenckiego Komitetu Antyfaszystowskiego wyciekła część wyjaśnień do zespołu rektorskiego.


Zaczęły mnożyć się nowe wersje całkowicie przeczące pierwotnym zeznaniom. Pytania w poszukiwaniu świadków nabrały wielkiej precyzji:




Wiadomość rozsyłana kanałami SKA parę godzin po wysłaniu wyjaśnień do korekty językowej.

Dokładna analiza przekazów medialnych pokazuje, że zeznania Karoliny są rozbieżne, a czasem przeczą sobie w obrębie jednego tekstu.


Kiedy zwróciłem uwagę dziennikarce, że być może ma błąd (sprzeczności w różnych relacjach medialnych) otrzymałem odpowiedź: To jest wersja, którą ja usłyszałam od studentki, w związku z tym tej wersji się trzymam. Nie mogę się odnosić do tego, co było w innych mediach.


Historię Karoliny należy zestawić z faktami - w szczególności z dowodami cyfrowymi.


3. Nie mam zdolności bilokacji


Już początek stanowi kłamstwo.

"Gazeta Wyborcza", 9 kwietnia: Karolina pamięta, że tamtego wieczoru na imprezie w jednym z pokojów doktorant przypatrywał jej się przez kilka godzin.


"Gazeta Wyborcza", 9 kwietnia: Nikogo tam nie znałam, byłam kompletnie sama. On niemal codziennie próbował ze mną rozmawiać [...]


Radio ESKA, 14 kwietnia: Do gwałtu miało dojść łącznie cztery razy. Trzy razy na początku wyjazdu.


Wysokie Obcasy, 14 kwietnia: Trzymałam się z moimi znajomymi, ale miałam wrażenie, że obserwuje mnie podczas imprez.

W pierwszej wersji Karolina była kompletnie samotna, a także przypatrywałem się jej kilka godzin próbując intensywnie nawiązać kontakt.


W drugiej odnalazła wspomnieniami obecność znajomych (z SKA), a przypatrywanie się godzinami w jednym pokoju w konkretny wieczór zamieniło się w ogólną obserwację na imprezach bez rozmowy.


Czasem miałem zaatakować na początku wyjazdu (na którym nie byłem od początku), czasem miałem przedtem długo molestować ofiarę.


Co wydarzyło się pomiędzy tak różnymi wersjami zeznań poszkodowanej? Zajrzałem do swojego telefonu przed spisaniem wyjaśnień do rektora. Tamtego wieczoru byłem mobilną postacią.


  • W godzinach 20:20-20:50 byłem w sklepie spożywczym, gdzie kupowałem koledze piwo. Chciał czeskie, więc wymieniłem przez komunikator wszystkie czesko brzmiące nazwy. Po zakupach wezwałem do odbioru zamówienia. Bez Karoliny.

  • Do 22:00 grałem w grę karcianą "Cards Against Humanity" w dużej grupie osób. Bez Karoliny.

  • Po 22:00 poszedłem z grupą do jednego z pokojów w zupełnie innym budynku. Bez Karoliny. Chwilę przed pójściem dzwoniłem do koleżanki, aby pomóc jej znaleźć telefon

  • O 22:55 ruszyłem na dworzec z walizką, by odprowadzić koleżankę na pociąg. Bez Karoliny.

  • O 23:14 napisałem do kolegi, że koleżanka odjechała - mogę wrócić do tamtego pokoju. Bez Karoliny.

  • Około godziny 23:30 wróciłem do pokoju wzmiankowanego parę linijek wyżej. Bez Karoliny.


Kontakt (w tym wzrokowy) mogłem nawiązać dopiero po północy.


Nie miałem najmniejszej szansy przypatrywać się jej kilka godzin. Przebywałem w zupełnie innych miejscach tego wieczoru.


Później kilkugodzinne psychopatyczne gapienie się zostało rozwodnione do ogólnego wrażenia obserwacji. Mylnego wrażenia. Nie było mnie obok. Przykładowe dowody:

Pobyt w sklepie - ~20:30

Rozmowa z kolegą o odprowadzeniu na pociąg - ~23:30

Podziękowania za odprowadzenie oraz rozmowa o 6:16 rano.

Wstęp miał przygotować czytelnika do dalszej części - nagłego osłabienia Karoliny. Sugestia jest jasna - podano jej podstępem pigułkę gwałtu. Ta substancja przewijała się w doniesieniach prasowych.


Potem Karolina 15 kwietnia zadeklarowała w Wysokich Obcasach: nigdy nie twierdziła, że jej podano pigułkę gwałtu. Mogło być to przecież coś innego. Pewnie dlatego, bo - zgodnie z informacjami z sieci - pigułka taka działa od około pięciu do ośmiu godzin. Czyli zupełnie nie pasuje do dowodów.

"Gazeta Wyborcza", 9 kwietnia: Nie wypiłam dużo, ale w pewnej chwili dziwnie się poczułam. Ocknęłam się na łóżku w jego pokoju. Byłam zupełnie naga, moje ciuchy leżały porozrzucane wokół. Znów odpłynęłam, ale świadomość wracała co kilka minut. Gwałcił mnie do rana, aż jego współlokator zaczął dobijać się do drzwi - opowiada 20-latka.


Radio ESKA, 14 kwietnia: Jak wspomina, ostatnie co pamięta to spacer.


Wysokie Obcasy, 14 kwietnia: Któregoś wieczoru nagle urwał mi się film, mimo że nie piłam dużo. To było bardzo dziwne; nigdy wcześniej nic takiego mi się nie przydarzyło. Następną rzeczą, jaką pamiętam, to to, że leżę naga w jego w łóżku, a on mnie gwałci. Miałam takie falowanie świadomości - jakbym się budziła i znowu odpływała. Ktoś zaczął się dobijać do drzwi; K. kazał mi szybko wstawać i zbierać swoje rzeczy. Nie wiedziałam, co się dzieje, byłam totalnie zdezorientowana. Dlaczego moje ubrania są tak porozrzucane? - myślałam.

Informacją, która zniknęła w międzyczasie, jest czas. Zgodnie z relacją przyglądałem się dziewczynie kilka godzin. Potem zasłabła, a następnie gwałciłem ją do rana w swoim pokoju. Wschód słońca tego dnia nastąpił o 6:15.


W tej części wyjaśnienia do rektora znów wziąłem telefon do ręki.


O godzinie 1:01 wykonałem zdjęcie na zewnątrz budynku w grupie. Są na nim osoby z SKA. O godzinie 1:41 zgodnie z administracyjnym dziennikiem aktywności wyszukiwałem na Facebooku profil osoby spoza wyjazdu. O godzinie 2:25 prowadziłem pisemną rozmowę z kolegą na Facebooku, której finał zaprowadził mnie na zewnątrz budynku. Byłem także widziany przez różne osoby.








Moje zdjęcie wykonane o 1:01

I najważniejsze: współlokator wrócił po godzinie 3, nie rano. Następnego dnia rano szedł w góry - stąd umiarkowanie wczesna pora.


Nie widział wyganiania półprzytomnej dziewczyny, a w pełni funkcjonującą osobę, z którą rozmawiał. Nieznana jest także rola spaceru i z kim się na niego udała (nie ze mną, skoro według niej nie było kontaktu).


Realny czas przebywania w odosobnieniu wynosił najwyżej 45 minut. Nie było seksu penetracyjnego. Karolina kłamie tak samo jak co do przebiegu zdarzeń oraz swojego stanu.


4. Poranek 18 września


Poszedłem spać koło godziny 9:00. Od godziny piątej, a nawet wcześniej, czekaliśmy na poranne przyjazdy i odjazdy pociągów/ludzi. Karoliny już dawno ze mną nie było.


Ostatnią wiadomość na Facebooku (z koleżanką, którą odprowadziłem na pociąg) wymieniłem o 8:31. Padłem później wyczerpany.






Oczekiwanie do 9 rano na przyjazd przyjaciółki

"Gazeta Wyborcza", 9 kwietnia: Karolina wspomina, że dzień później czuła się fatalnie. Bolała ją głowa i mięśnie, miała obniżony nastrój. - Wiedziałam, że stało się coś złego, ale nie miałam komu o tym powiedzieć. To uczucie nie dawało mi spokoju, więc poszłam do niego. Chciałam, żeby to jakoś wyjaśnił. Próbowałam z nim rozmawiać, on zaczął mnie dotykać. Powiedziałam, że nie przyszłam tu, by uprawiać z nim seks, ale nie byłam w stanie uciec. Znów mnie wykorzystał.


Wysokie Obcasy, 14 kwietnia: Następnego dnia czułam się strasznie, nie wiedziałam, co się właściwie wydarzyło, miałam dziury w pamięci. Kiedy dostałam od niego wiadomość z propozycją spotkania, wydawało mi się, że wszystko sobie wyjaśnimy.


Radio ESKA, 14 kwietnia: Nie była pewna, co się wydarzyło, dlatego postanowiła podjąć rozmowę z doktorantem. - Pierwsza myśl była taka, że być może on zacznie temat i powie co się wydarzyło, dlaczego się u niego znalazłam. Druga myśl, to było chyba początkowe wyparcie tej sytuacji – relacjonuje studentka.

Fakty: wysłałem emoji słońca Karolinie o 12:42.


Odpisała emoji księżyca o 13:07. Zaprosiłem ją do siebie. Przyszła. Twierdzi, że znów zgwałciłem ją po 4 godzinach snu.


Nigdy nie padły słowa nie przyszłam tu, by... Tak jak zaproponowałem w wiadomości - leżeliśmy razem, głównie przytulając się. Żaden gwałt nie nastąpił.


5. Dalsze zaproszenia Karoliny


Zdaniem Karoliny zgwałciłem ją trzykrotnie, a mimo to o 16:24 podjęła rozmowę - napisała, że dziekan UMFC (jej drugiej uczelni) odpisał jej na post z pytaniem o wzory podań na grupce studenckiej. Pytała, jak adresować podania. Rozmowę warto ocenić samodzielnie:

Tego wieczoru dziewczyna zapraszała z entuzjazmem na kolejne spotkania, czyli na wyprawę na górkę oraz picie wódki. W sposób nie poddający w wątpliwość pozytywne emocje:

Wróćmy do cytatu z pierwszej wersji dla "Gazety Wyborczej". Karolina powiedziała, że stało się coś złego.


W niektórych wersjach już wtedy uważała, że jest ofiarą gwałtu. W innych deklaruje, że uświadomiła sobie to później - ale już pierwsza wersja dla mediów sugeruje, że według niej wydarzyło się coś nieprzyjemnego.


Jednak w trakcie wyjazdu dziewczyna pisze w sposób przyjazny i szuka kontaktu.


6. Niewidzialne ślady przemocy


W opisie uwagę wzbudza fatalny stan fizyczny i psychiczny Karoliny - efekt brutalnej siły i środków odurzających.

Post SKA, 8 kwietnia: Opowiadała o przeżytym przez nią gwałcie, którego sprawcą był Marcin Kozak. Kobieta dokładnie charakteryzowała brutalność nierespektującego odmowy doktoranta.


Radio ESKA, 14 kwietnia: - Byłam gwałcona. Przez cały ten okres ze stanu nieświadomości wyrywały mnie agresywniejsze ruchy z jego strony. Bicie mnie, duszenie, ciągnięcie za włosy – relacjonuje kobieta i wspomina, że następnego dnia czuła się rozbita psychicznie i fizycznie. Miała też m.in. nadgryzioną wargę.

Wspólnym mianownikiem relacji pozostaje przemoc i siła w trakcie wielogodzinnych gwałtów.


Jednak na zdjęciach nie widać obrażeń fizycznych. Brak śladów duszenia, wyrywania włosów ani nawet wymienionych nadgryzionych warg. Dowody przeczą słowom Karoliny.


Kobieta może reagować w dowolny sposób na przemoc, nawet jeśli jest to nietypowe. Jak pisze Maja Staśko, może równie dobrze upić się na imprezie, jak też i płakać. Jej znakomity humor stanowi tylko wskazówkę na nieprawdziwość relacji, nie ostateczny dowód.


Ale niemożliwe, by nagle zniknęły na ciele wszystkie ślady brutalnego gwałtu. I mieć po takim doświadczeniu siłę fizyczną na liczne aktywności.


I tak jak wyjątkowe nietypowe jest zapraszanie swojego "wielokrotnego brutalnego gwałciciela" na dalsze spotkania w przyjaznym tonie, tak niezwykle trudno uwierzyć w prędko zregenerowaną szyję po duszeniu i biciu tak, by nie mieć nawet śladu.


Z pewnością Karolina nie ma obdukcji. Nie może mieć także zdjęć pokazujących obrażenia (choć zrobienie ich byłoby naturalne po serii gwałtów). Nie miałaby czemu robić zdjęć.


Poniżej zdjęcia wykonane po rzekomych gwałtach. Dwa z czterech pochodzą z wydarzeń, o których pisała mi Karolina:

7. Więcej sprzeczności

Kolejne okoliczności okazują się ruchome w czasie i przestrzeni.

"Gazeta Wyborcza", 9 kwietnia: Po powrocie Karolina powiedziała o tym tylko przyjaciołom. Wstydziła się zawiadomić rodzinę, a służbom nie potrafiła zaufać.


"Gazeta Wyborcza", 9 kwietnia: Zaczepiałam go na Facebooku [23 września, 3 dni po obozie], bo chciałam wyjaśnić to, co się wydarzyło. Wtedy czułam się winna, że nie powiedziałam mu, że mam chłopaka. Dopiero potem dotarło do mnie, co on tak naprawdę mi zrobił.


Wysokie Obcasy, 14 kwietnia: Nikomu nie powiedziałam. Wstydziłam się, nie miałam tam jeszcze przyjaciół - dopiero się poznawaliśmy. Zresztą trudno mi było przyznać się do tego, co się wydarzyło nawet sama przed sobą. Zastanawiałam się, czy czymś nie zawiniłam. Może sama się zgodziłam na seks, tylko nie pamiętam? Dopiero po dłuższym czasie przez gardło przeszło mi to słowo: "gwałt".


Wysokie Obcasy, 15 kwietnia: Mój ówczesny partner został niezwłocznie przeze mnie poinformowany o gwałcie. Miałam w nim duże wsparcie - pisze.


Radio ESKA, 14 kwietnia: Mój partner wiedział już, że zostałam zgwałcona [stan na dzień 23 września], więc to była nieudana manipulacja z jego strony.

W zależności od wersji zmienia się:

a) czas uznania zdarzeń za gwałt,

b) krąg powiadomionych osób,

c) istnienie chłopaka (o którym Karolina mnie nie powiadomiła, ponieważ "nie sądziła, że by mi to przeszkadzało"),

d) liczba gwałtów.


Wszystkie zeznania Karoliny inaczej umiejscawiają moment uświadomienia sobie "gwałtu": od razu, w środku obozu, między obozem a rozmową na Facebooku (3 dni), czasem jeszcze później. To powoduje dalsze sprzeczności, na przykład dotyczące chłopaka. Do tego wrócę później.


Nie zgadza się nawet liczba przestępstw podana w zaprzyjaźnionych mediach:

"Gazeta Wyborcza", 21 kwietnia: Karolina, studentka pierwszego roku w rozmowie z „Wyborczą” oskarżyła doktoranta o trzykrotny gwałt. Mężczyzna zaprzeczył.


Wysokie Obcasy, 14 kwietnia: Następnego dnia czułam się strasznie, nie wiedziałam, co się właściwie wydarzyło, miałam dziury w pamięci. Kiedy dostałam od niego wiadomość z propozycją spotkania, wydawało mi się, że wszystko sobie wyjaśnimy. Wtedy zgwałcił mnie po raz trzeci. Czwarty raz - w toalecie na korytarzu, poszłam do łazienki, a on wtargnął tam za mną.

8. "Czwarty gwałt"


Czwarty akt przemocy - zgodnie ze wskazówkami szukania świadków po wycieku - miał dojść koło północy z 19 na 20 września. Zgodnie z relacją:

Wysokie Obcasy, 14 kwietnia: Czwarty raz - w toalecie na korytarzu, poszłam do łazienki, a on wtargnął tam za mną.

Wiarygodność relacji weryfikuje rozmowa:

Uwagę przykuwa zwrot "przytrzymano mnie tu rozmową typu/Kozak dla kobiet to prozak" w kontekście plotek wskazanych przez Karolinę. Odpowiedziałem, że wersja pierwotna to "marcin kozak kobiet wielu prozak"


Zostałem przez dziewczynę - według jej relacji tuż przed albo czwartym gwałcie - porównany do tzw. "pigułki szczęścia" odpowiadającej za lepszy humor na receptę od lekarza działającej przy regularnym używaniu.


Rozmowa przed lub po w taki sposób (widzimy się?), wyklucza wiarygodność relacji nagłego wtargnięcie do łazienki i gwałtu. Albo nie mogłem wtargnąć do łazienki (byliśmy umówieni) albo po czwartym "gwałcie" chciała mnie dalej widzieć. A to ja jej unikałem.


Kłamstwo.


Dla precyzji: prozak to organiczny związek chemiczny stosowany jako lek przeciwdepresyjny, głównie w leczeniu zaburzeń depresyjnych oraz obsesyjno-kompulsyjnych.


W świetle powyższego pogłoski wskazane przez Karolinę to jawne oszczerstwo oparte na modyfikacji tego, co mówiła:

Wysokie Obcasy, 14 kwietnia: Chodziły także plotki, że wrzuca studentkom do drinków pigułki gwałtu - opowiada Karolina.

9. Zwykła niewierność


Karolina w trakcie wyjazdu była w związku z chłopakiem, którego nie było na wyjeździe (inna osoba niż jej aktualny partner).

"Gazeta Wyborcza", 9 kwietnia: Zaczepiałam go na Facebooku, bo chciałam wyjaśnić to, co się wydarzyło. Wtedy czułam się winna, że nie powiedziałam mu, że mam chłopaka. Dopiero potem dotarło do mnie, co on tak naprawdę mi zrobił.


Radio ESKA, 14 kwietnia: Mężczyzna miał szantażować kobietę emocjonalnie. Mówił m.in., że wie, że ma partnera, ale nie zamierza mówić mu, że go zdradziła. - Mój partner wiedział już, że zostałam zgwałcona, więc to była nieudana manipulacja z jego strony – dodaje kobieta.


Wysokie Obcasy, 15 kwietnia: Mój ówczesny partner został niezwłocznie przeze mnie poinformowany o gwałcie. Miałam w nim duże wsparcie - pisze.

Nie mogłem szantażować Karoliny swoim milczeniem w tej sprawie. Ponadto znów ujawniają się problemy z chronologią - raz uświadomiła sobie gwałt dopiero po rozmowie po wyjeździe, innym razem mówi, że już wtedy powiadomiła o tym partnera.

Wysokie Obcasy, 15 kwietnia: K. pomija też w swojej wersji fakt, że po tym jednym gwałcie, doszło jeszcze do trzech kolejnych. Stara się przedstawić mnie jako osobę nim zainteresowaną, podczas gdy ja od początku starałam się go unikać.

Jak widać w dotychczasowej rozmowie - to ona przyjęła inicjatywę w pisaniu. Muszę ujawnić rozmowę, w której rzekomo dopuściłem się szantażu. Wprost piszę, że nie chcę o tym rozmawiać. Że nie chcę wiedzieć, kim on jest. To ich sprawa.


Ujawnia się też po raz kolejny głębokie zainteresowanie Karoliny. Trzeba przeczytać, żeby wiedzieć.


Przeprasza za to, że nie powiedziała, że mam chłopaka.


I że będzie tęsknić.

3. "PRZEPŁYWAŁY MU PRZEZ RĘCE"

Dzień po pierwszej publikacji "Gazety Wyborczej" pojawił się drugi artykuł. Po pierwszym tekście możliwe było powiązanie mnie z najbardziej fantazyjnymi historiami z literatury pornograficznej za złotówkę. Anonimowe osoby zgłaszały w nim takie przestępstwa:

Gazeta Wyborcza, 10 kwietnia: Ela była z nim na kolejnej imprezie. - Dużo ludzi, alkoholu i narkotyków - opowiada. - W jednym z pokojów uprawiał seks grupowy z czterema dziewczynami. Były tak naćpane, że nie mogły skleić zdania, nie mówiąc już o wyrażeniu zgody na seks. On przeciwnie - trzeźwy i świadomy tego, co robi. Potem, gdy siedziałam z przyjaciółką, podszedł do mnie i zaczął bawić się moimi sznurówkami. Potem położył mi rękę na kolanie i głaskał. Nie potrafiłam zareagować, tylko patrzyłam, więc w końcu odszedł.


Gazeta Wyborcza, 13 kwietnia: W jednym z pokojów uprawiał seks z czterema dziewczynami. Wszystkie dosłownie przelewały się przez ręce. Nie mogły skleić zdania, nie mówiąc już o wyrażeniu zgody na współżycie.


Gazeta Wyborcza, 10 kwietnia: Byłam świadkiem, jak na jednej imprezie podał dziewczynie środek odurzający i próbował ją zgwałcić. Próbowałam zareagować, ale straszył mnie, że zniszczy mi życie na uczelni. Groził, że nie obronię nawet licencjatu. Ostatecznie powstrzymali go inni uczestnicy imprezy - dodaje Kasia.

Te uczynki już później nie wróciły w żadnych medialnych doniesieniach. Nikt się do nich nie odniósł. Prokuraturę oraz opinię publiczną powinien interesować poczwórny gwałt na nieprzytomnych dziewczynach. Łatwy do wykazania, niemal na widoku, dziesiątki świadków.


Wraca także motyw psychopatyczny - moja rzekoma trzeźwość na imprezach. Nikt nie potrafi wskazać okoliczności wielkiej imprezy. Temat ucichł.


Dlaczego? Takiej sytuacji - lub nawet o jakimkolwiek podobieństwie - nigdy nie było. Kacper Sulowski opublikował anonim powiązany z Komitetem bez żadnej weryfikacji. Anonim o gwałcie na kampusie (i późniejszych notorycznych spojrzeniach) inteligentna osoba może obalić w chwilę (nawet nie wiedząc, że mój wydział nie jest na kampusie, a ja sporo jeździłem tuż przed pandemią). W 2020 roku kampus był zamknięty przez 10 miesięcy, ponadto w lutym były ferie zimowe. Osoba z historii oczekuje, że dłuższe spotkanie odbędzie się na zewnątrz i jest zdziwiona moim pomysłem (idąc za opowieścią) przebywania w środku. W styczniu/lutym? Kto spędza spotkania w środku zimy na kampusie na zewnątrz? I jak miałem potem spotykać tę osobę (zapewne też na kampusie) nie bywając tam - a chwilę potem zaczęły się zajęcia zdalne?


Fantazje o mojej władzy na uczelni zostawiłem na osobny punkt do rozwikłania w pajęczynie kłamstw. Moje zdjęcie w sprawie fizycznych możliwości przelewania się czterech dziewczyn przez ręce (bardzo wątłe):

4. ŚLEPNĄC OD ŚWIATEŁ

Studencki Komitet Antyfaszystowski oskarżył mnie przed organami uniwersyteckimi i państwowymi o regularny handel znacznymi ilościami (jednostki powyżej 10 gram w świetle prawa) następujących narkotyków:


1. marihuany,

2. MDMA,

3. amfetaminy,

4. LSD.


Z tych substancji miałem uczynić sobie stałe źródło życiowego dochodu. Członkowie SKA zostali wezwani na świadków jako oskarżyciele. W świetle prawdomówności w sprawie przestępstw seksualnych ich zeznania są warte mniej niż zeszłoroczny śnieg.


Dnia 15 kwietnia do drzwi mojego domu (oraz do domu rodziców) zapukała policja z nakazem przeszukania. Nic nie znaleziono. Zarekwirowano moje urządzenia elektroniczne.


Policja twierdzi, że dostała informacje o moim samochodzie. Okazało się, że nie mam samochodu.


Nie mam nawet prawa jazdy.


Z dokumentów wynika, że masowa dystrybucja narkotyków to czas, gdy mieszkałem z rodzicami, a także stypendium zagraniczne czy miesiąc kwarantanny.


Zdaniem skarżących w czasie pandemii, mieszkając w domu z rodzicami, bez samochodu, mając studia doktoranckie i własne zajęcia, pracę i artykuły, operowałem zawodowo znacznymi ilościami nielegalnych substancji.


W ściganie mnie zaangażowano łącznie kilkunastu policjantów.


W chwili pisania tych słów nie zostały mi postawione żadne zarzuty ani nie powstał akt oskarżenia.

5. POTĘŻNY DOKTORANT I PLECY NA UNIWERSYTECIE

1. Fałszywy obraz uniwersytetu


Maja Staśko w artykule Onetu Doktorant UW oskarżony przez studentkę o gwałt. Pokrzywdzonych kobiet jest więcej dzieli się niesprawdzonymi refleksjami na temat Wydziału "Artes Liberales". Oddajmy głos:

– Ten mężczyzna miał bardzo mocną pozycję w uczelnianym środowisku. Kobiety mówiły, że świetnie manipulował ludźmi, ale też zaznaczały, że nigdy nie wypowiedzą się na jego temat pod swoim nazwiskiem.


– To nie jest duże środowisko, wszyscy się znają, jest ustalona hierarchia, a te kobiety chcą zostać na tej uczelni, bo świetnie się tam czują i boją się być rozpoznane, gdyż ten mężczyzna ma znajomych wśród wykładowców, jest podejrzany o sprzedaż narkotyków i wszyscy, którzy o tym wiedzieli, są też współwinni. To jest taka siatka powiązań, w którą osoby pokrzywdzone nie zamierzają uderzać, bo chcą skończyć studia, część z nich być może myśli o tym, by zostać na uczelni.

To prosty prosty obraz "uniwersyteckich elit" napisany pod tezę: Jestem szychą, mam plecy, rządzi układ z ustawionymi graczami.


Nie jestem w tym sam - obok są inni. Koledzy, może koleżanki. Z doktoratem, habilitacją, profesurą. My - współwinni w lepkiej pajęczynie wydziałowego kumoterstwa.


Ten układ rozbiją wyłącznie aktywiści. Studenci rzekomo boją się mówić - konsekwencje mogą być dla nich groźne.


To nieprawda.


Liczba znajomych wykładowców na stopie pozaprofesjonalnej: 0.

Liczba moich stanowisk w samorządzie: 0.

Liczba moich stanowisk w komisjach: 0.

Liczba stanowisk w innych urzędach uczelnianych: 0.

Liczba miejsc w prestiżowych grantach naukowych: 0.

Liczba miejsc w nie-prestiżowych grantach: 0.

Wpływ na politykę kadrową wydziału: 0.


W rzeczywistości nie mam żadnego formalnego ani nieformalnego wpływu na politykę wydziałową. Pierwszy raz usłyszałem, że jestem tu kimś ważnym.


2. Groźba nieukończenia studiów?


Współprowadziłem jedne fakultatywne zajęcia w semestrze letnim roku akademickiego 2019/2020: Historia radioaktywna i postapokaliptyczne obłoki. Analiza filozoficzno-kulturowa epoki nuklearnej. Wystawiłem same czwórki i piątki. Zebrałem bardzo dobre opinie w ankietach.


Kontynuacja zajęć w semestrze letnim roku akademickiego nie została przyjęta ze względu na redukcję zajęć w wyniku kryzysu pandemicznego.


Mój wpływ na cudze studia to fantazja. Studia doktoranckie nie polegają na ustalaniu ocen studentów w kłębach dymu w wydziałowej kanciapie.


3. Jak dostać się na doktorat i zostać na uczelni?


Wbrew twierdzeniom Mai Staśki wyznaję: nie wiem.


Nie mam wpływu na zostanie na uczelni ani na przyjęcie na studia doktoranckie. Te nie są prowadzone przez wydziały, lecz przez szkoły doktorskie.


4. Kto lubi, kto nie lubi


Nawet mój własny promotor mnie nie lubi. Nie wiem, czy bardziej mnie czy mojego tematu. Zrezygnował ze mnie bez żalu po wybuchu afery.


Moja doradczyni akademicka lubiła mnie. Ale też zrezygnowała.


Mam/miałem parę osób bliskich na roku.


Trudno określić, czy to zła wola Maja Staśko czy aktywiści ze Studenckiego Komitetu Antyfaszystowskiego celowo wprowadzili działaczkę w błąd w tej sprawie.


Poniżej załączam dowody mojej "silnej pozycji" na Wydziale pozwalające mi rozgrywać kadrę jak pionki:

Szanowny Panie,


w uzgodnieniu z Pana PhD Adviserem Profesorem S.W. postanowiłem przedłużyć trwanie okresu naprawczego o semestr (wobec stwierdzenia PhD Advisera, że zalecenia nie zostały w pełni wykonane). Brak poprawy do czerwca 2020 skutkować będzie decyzją o zawieszeniu stypendium.

Mail od kierownika studiów sprzed roku



Odmowa zajęć w semestrze letnim 2020/2021




Karta oceny po semestrze zimowym 2019/2020



Karta oceny po semestrze letnim 2019/2020.

6. RZETELNE DZIENNIKARSTWO // POWIĄZANIA Z SKA

Dziennikarz "Gazety Wyborczej", który bezkrytycznie dał wiarę relacji Studenckiego Komitetu Antyfaszystowskiego, to Kacper Sulowski.


Kacper Sulowski jest podpisany pod jednym z najbardziej grafomańskich artykułów w długiej historii "Gazety Wyborczej": Mozart, klub Glam, spacer po Łazienkach. Weekend Sebastiana Słowińskiego ze Studenckiego Komitetu Antyfaszystowskiego z 2018 roku. Tekst ma strukturę i styl artykułu sponsorowanego z prasy kolorowej.


Nie wiem, dlaczego medium zawierające tyle znakomitych materiałów pozwala na publikację takich treści.


Przytoczę go w całości. Tu są linki do zdjęć z artykułu:

Każdy dzień zaczynam od kawy, papierosa i Mozarta, którego słucham pod prysznicem. W piątek rano wychodzę na zajęcia.


W ramach Kolegium Międzyobszarowych Indywidualnych Studiów Humanistycznych i Społecznych studiuję filozofię. Nie zacznie się ciekawie, bo od semiotyki logicznej, ale potem będzie już bardziej interesująco. Historia filozofii i fakultet figury wyzwolenia, na którym poznajemy sylwetki filozofów nowożytności. Dzień na uczelni skończy się przedmiotem, na który pewnie nie pójdę, bo jest trochę nudny. To wykład z epistemologii. Zamiast tego pójdę się czegoś napić, bo w ostatnim czasie nie miałem na to czasu. W poprzednim tygodniu blokada narodowców, w niedzielę Manifa, kilka dni temu konferencja prasowa. Wszystko wymagało czasu i wysiłku.

Przez ostatnie dni razem z Komitetem zbieraliśmy podpisy pod apelem do władz UW o potępienie agresji nacjonalistycznej i policyjnej. Zebraliśmy 150 podpisów środowiska akademickiego z całej Polski, ale też m.in. z Sorbony czy Yale. Dopiero teraz znajdę chwilę dla siebie. Ze znajomymi spotkam się pewnie w Barze Kawowym Przy Kaśce, potem może odwiedzimy klub Glam.

W sobotę i niedzielę czeka mnie nadrabianie zaległości czytelniczych. Od miesiąca próbuję skończyć „Idiotę” Fiodora Dostojewskiego. Potem spacer, najprawdopodobniej po Łazienkach, bo pięknie wyglądają o tej porze roku. No i obiad. Często gotuję ze znajomymi i jemy razem, ale w ten weekend prawdopodobnie zjem tylko z kotem. Nazywa się Azazello, jest rudy i ma kły jak ten z „Mistrza i Małgorzaty”. Bo mam sentyment do literatury rosyjskiej.

Nie interesuje mnie fascynacja Kacpra Sulowskiego pretensjonalnością postaci Sebastiana Słowińskiego. Ani to, czy geneza artykułu miała merytoryczne uzasadnienie.


Bardziej martwi, że Kacper Sulowski - skoro dostał wyjaśnienia do rektora od SKA - pisze takie słowa: Twierdzi, że tamtego wieczoru od godz. 23 do północy nie przebywał w obecności Karoliny, co ma być dowodem, że studentka kłamała, mówiąc, że przez cały wieczór jej się przyglądał.


Przecież wie, że nie przebywałem do północy z nią wcale.


Niepokoi też bezpośrednia praca w jednej redakcji z członkiem Studenckiego Komitetu Antyfaszystowskiego, który publicznie nawoływał do przemocy wobec mnie:

7. JAKUB DYMEK 2.0 I PYTANIE O CALLOUT

To nie pierwszy przypadek, gdy część lewicy tożsamościowej organizuje czystkę wobec wrogiego elementu w środowisku.


W listopadzie 2017 roku w "Codzienniku Feministycznym" ukazał się list pięciu kobiet, które oskarżyły dwóch lewicowych publicystów o mobbing, molestowanie kobiet i gwałt. W tym jednego z "Gazety Wyborczej". Ostatni zarzut dotyczył dziennikarza Jakuba Dymka. Przed artykułem zaczął otrzymywać anonimowe pogróżki.


W styczniu 2019 roku śledztwo wobec niego zostało umorzone.


W międzyczasie przesłuchano blisko sto osób z lewicowych środowisk. Nie pytano jednak o przemoc seksualną, a o relacje osobiste.


W 2019 roku na drodze sądowej dziennikarz zawarł ugodę z jedną z autorek tekstu:


Jako współautorka listu „Papierowi feminiści. O hipokryzji na lewicy i nowych twarzach polskiego #metoo”, który ukazał się w dniu 27 listopada 2017 r. na łamach „Codziennika Feministycznego", zważywszy na to, że w treści tekstu Jakub Dymek został wymieniony z imienia i nazwiska jako winny popełnienia przestępstwa gwałtu i dopuszczenia się molestowania seksualnego, oświadczam, że napisana przeze mnie część listu nie dotyczyła jego osoby. Wypowiadając się we własnym imieniu, przepraszam Jakuba Dymka za wszelkie sformułowania mojego autorstwa, które znalazły się w liście, a mogły godzić w jego dobre imię.


W lewicowym środowisku nie można sprzeciwić się metodzie calloutu, by nie zostać zepchniętym do jednego wora z obrońcami gwałcicieli. Wiele osób ma wątpliwości co do takiej metody walki z przemocą seksualną, jednak krytyka calloutu pozostaje tabu. Sądzę, że można krytykować anonimowe oskarżenia o przemoc utrzymując feministyczną perspektywę. Czy callouty poprawiają sytuację przemocy wobec kobiet? Uwzględniając wszystkie argumenty ostatecznie wydaje się, że nie.


Na pewno nadanie rozgłosu sprawie przemocy seksualnej w środowiskach elitarnych zwróciło publiczną uwagę na ten problem i być może wzbudziło lęk u sprawców przemocy. Redaktorzy, profesorowie, reżyserzy, producenci, prezesi i menadżerowie nie czują się już bezkarni.


Jednocześnie, czy możliwość tak gwałtownego i często nieodwracalnego niszczenia kariery i życia powinna być dostępna każdemu w sposób anonimowy? Wiele spraw opisywanych w calloutach nie zostało nigdy zgłoszonych żadnym instytucjom państwowym. Stosowanie tej metody jest tłumaczone słabościami państwowych instytucji, brakiem zaufania do nich, ich przesiąknięciem „kulturą gwałtu”. Nie neguję tej diagnozy. Gdy publiczne instytucje zawodzą w konkretnych przypadkach, a sprawca przemocy wciąż zagraża innym osobom, callout jawi się jako jedyny dostępny środek ochrony narażonych na przemoc.


Nie można jednak publicznego linczu traktować jako środek zamienny wobec zgłoszenia sprawy instytucjom. Staje się to narzędzie zbyt łatwe, zbyt dostępne, a coraz częstsze jego nadużycia podkopują jego moc działania w sytuacjach prawdziwie awaryjnych, gdy zaufanie wobec ofiar jest absolutnie kluczowe.


Kolejną rzeczą jest kwestia tego, w służbie jakich osób pokrzywdzonych działają callouty? Czy Pani Teresa z Mińska Mazowieckiego - przeciętna Polka - doświadczająca przemocy w swojej pracy w sklepie czy w małej firmie albo od swojego partnera ma dostęp do takiej formy jaką jest callout? Nie. Jest skazana na państwowe instytucje, których działanie nie interesuje lewicowej bańki. Zamiast działać w organizacjach prokobiecych, zamiast wykonywać pracę edukatorską, działać w instytucjach na rzecz ich wewnętrznego przekształcenia, koleżanki i koledzy z Studenckiego Komitetu Antyfaszystowskiego wolą napisać post na facebooku o przemocy w swoich wielkomiejskich uniwersyteckich bańkach, a potem rozmawiać z prasą.


Metoda calloutu czyli publicznego oskarżenia sprawcy przemocy seksualnej w mediach społecznościowych wiąże się z jeszcze jednym problemem – oddanie bardzo poważnych spraw pod logikę działania mediów, a nie sądów.


Puste nakręcanie sprawy, robienie z ofiar przemocy seksualnej bohaterek skandalów nie służy procesowi dochodzenia do prawdy, nie służy także samym osobom poszkodowanym.


Obserwujemy jak callout w rękach organizacji takich jak SKA jest wykorzystywany cynicznie do realizowania własnych interesów.

Być może narzędzie to może stosowane za pomocą wiarygodnych instytucji pozarządowych pomagających kobietom po uczciwej weryfikacji faktów. Nie wiem. Nie jestem ekspertem od tych spraw. Na pewno trzeba szerokiej dyskusji.


Obecny sposób używania awaryjnej metody ochrony osób doświadczających lub zagrożonych przemocą seksualną doprowadził do delegitymizacji tego środka. Gdy callout będzie kiedyś naprawdę bezsprzecznie potrzebny wobec rażącej sytuacji niesprawiedliwości - nie zadziała.